Francja – Rumunia 3:0 (25:16, 25:19, 25:19)
Trójkolorowi od pierwszej akcji narzucili mordercze tempo w polu serwisowym. Rumuni mieli ogromne problemy z przyjęciem potężnych floatów oraz zagrywek z wyskoku francuskich bombardierów, co pozwalało mistrzom na czytanie gry w bloku. Szybko zbudowana przewaga (8:3, 16:9) ułatwiła Francuzom swobodne rotowanie grą na siatce, gdzie prym w rzemiosłu ofensywnym wiedli skrzydłowi. Set zakończył się różnicą aż 9 punktów.
Przegrana partia zmusiła Rumunów do podjęcia ryzyka. Zaczęli grać odważniej na skrzydłach, a środkowy bloku reprezentacji Rumunii zanotował dwie efektowne czapy, co pozwoliło trzymać wynik na styku (10:10, 14:14). Francuzi jednak ani na moment nie stracili zimnej krwi. Selekcjoner Trójkolorowych dokonał mądrych korekt w ustawieniu bloku, a seria kontrataków po obronach libero odrzuciła rumuńską kadrę na bezpieczny dystans w końcówce.
Ostatnia odsłona miała charakter kontrolowanej dominacji. Francuzi grali mądrzej taktycznie, oszczędzając siły liderów na zbliżające się półfinały. Wykorzystywali każdy błąd własny przeciwnika, który w obliczu zmęczenia zaczął mnożyć pomyłki w ataku z trudnych piłek. Mecz szybko zakończyły trzy bloki z rzędu.
Polska – Niemcy 3:0 (25:23, 25:17, 25:17)
Niemcy wyszli na parkiet bez kompleksów, zaskakując Polaków precyzją w pierwszym kontakcie. Gra toczyła się punkt za punkt, a żadna z drużyn nie była w stanie odskoczyć na więcej niż dwa "oczka" (12:12, 18:18). W kluczowych momentach na wagę złota okazało się doświadczenie i obecność na boisku Wilfredo Leona. Jego potężne uderzenia z szóstej strefy oraz arcyważny as serwisowy w samej końcówce przechyliły szalę zwycięstwa na stronę mistrzów świata, ratując nerwową końcówkę.
Przełom psychologiczny z pierwszej partii całkowicie odmienił oblicze meczu. Podopieczni Nikoli Grbicia odczytali rozegranie niemieckiego zespołu i całkowicie zdominowali siatkę. Rewelacyjnie funkcjonował blok w wykonaniu polskich środkowych, który odciął skrzydłowych naszych zachodnich sąsiadów od skutecznych akcji. Polacy błyskawicznie uciekli na wynik 12:5 i kontrolowali wydarzenia do ostatniej piłki.
Scenariusz trzeciego seta był kalką poprzedniego. Selekcjoner Biało-Czerwonych mógł pozwolić sobie na przeprowadzenie zmian i wprowadzenie graczy z ławki rezerwowych, co nie wpłynęło negatywnie na jakość gry. Wysoka skuteczność w kontrataku (na poziomie ponad 60%) oraz świetna czytelność intencji rywali sprawiły, że polski zespół gładko zameldował się w strefie medalowej.
Belgia – Słowenia 1:3 (22:25, 22:25, 25:20, 13:25)
Mecz rozpoczął się od festiwalu potężnych zagrywek z obu stron. Belgowie zaskoczyli rywali ruchliwą grą kombinacyjną i świetną asekuracją w obronie, co pozwalało im prowadzić na przestrzeni całego seta (16:14). Słowenia uratowała się jednak w samej końcówce dzięki rutynie – as serwisowy puszczony z ogromną rotacją oraz dwa szczelne bloki na skrzydłach w decydujących momentach dały im wygraną na styku.
Podobny przebieg miała druga odsłona. Belgijscy przyjmujący grający bez presji potrafili odrzucić Słoweńców od siatki, doprowadzając do remisu w samej końcówce (21:21). Wtedy jednak do głosu doszedł podwójny blok faworytów, który bezlitośnie zatrzymał dwie kolejne próby belgijskich skrzydłowych, dając Słoweńcom komfort psychiczny prowadzenia 2:0 w setach.
Zaskakujący zwrot akcji nastąpił w trzecim secie. Belgowie zaryzykowali absolutnie wszystko na zagrywce. Seria trudnych, flotowych serwisów sprawiła, że słoweńska linia przyjęcia całkowicie się pogubiła. Wykorzystując kontrataki, Belgowie odskoczyli na bezpieczny bufor punktowy i zasłużenie przedłużyli emocje w meczu.
Czwarta partia to brutalna weryfikacja marzeń Belgów o niespodziance. Słoweńcy weszli na parkiet podrażnieni stratą seta, odrzucając rywali od siatki potężną, regularną zagrywką. Belgijska defensywa pękła pod naporem siły ognia rywali, a set zakończył się pogromem do 13.
Włochy – Finlandia 2:3 (25:21, 26:28, 16:25, 25:20, 13:15)
Największa, gigantyczna sensacja nie tylko tej fazy, ale całych mistrzostw Europy. Grający przed własną publicznością w Turynie Włosi – aktualni dominatorzy światowych parkietów – znaleźli pogromców w postaci niesamowicie walecznych Finów. Początek spotkania nie zwiastował dramatu. Włosi grali spokojnie, kontrolowali wymiany na siatce, a ich liderzy punktowali z niemal każdej pozycji, bez problemu zapisując partię otwarcia na swoje konto.
W drugim secie Finlandia rzuciła na szalę absolutnie wszystko. Skandynawowie zagrali bezkompromisowo w obronie, wyciągając piłki, które wydawały się stracone. Set przeniósł się w dramatyczną grę na przewagi, gdzie kapitalną zimną krew zachowali fińscy atakujący, doprowadzając do remisu i wprawiając włoską publiczność w konsternację.
Trzeci set. Prawdziwy nokaut. Włosi całkowicie stracili rezon w przyjęciu, a ich gra w ataku zaczęła przypominać rozsypaną układankę. Finowie szaleli na skrzydłach, budując miażdżącą przewagę i ośmieszając obrońców tytułu w każdym elemencie rzemiosła.
Przyciśnięci do ściany współgospodarscy turnieju podnieśli się z kolan w czwartej odsłonie. Zwiększyli siłę zagrywki, odrzucili Finów od siatki i dzięki mądrze rozegranym akcjom doprowadzili do decydującego tie-breaka.
Piąty set był rollercoasterem emocji osiągającym zenit. Włosi prowadzili, ale Finowie odrabiali każdą stratę dzięki niezwykłej determinacji. Przy stanie 12:11 kluczowy, niesamowity as serwisowy posłał Luka Marttila. Chwilę później fiński blok zamykał szczelnie drogę do siatki. W ostatniej akcji meczu podłamany lider gospodarzy, Yuri Romano, pomylił się w ataku, co wywołało historyczną ekstazę w obozie Skandynawów i sensacyjne pożegnanie Włochów z turniejem.